Stało się. Zapisałem się na trip do Chorwacji. Nie bez kłopotów oczywiście, ale nevermind. Należało mi się - a co!
Napiszę krótko - warto było.
Będę tu wrzucał relację podzieloną na poszczególne miejsca, które odwiedzaliśmy - w miarę obrabiania fotek będą dochodziły nowe wpisy, więc stay tuned, kids.
Wyjazd był z Gdyni, więc logicznym było, że żeby dostać się do miejsca docelowego trzeba było najpierw obtłuc tyłek na naszych jakże pieknych autostradach. Przesiadka na autokar docelowy była bowiem pod Katowicami, we Włoszczycach dokładniej.
W Częstochowie zaliczyliśmy dłuższy postój i zmianę kierowców - nadszedł więc czas na pierwsze foto:

Takim to busem podążaliśmy przez Polskę. Fajny był - wygodny, dużo miejsca na nogi itepe, itede.
Po przesiadce i przejściu przez granicę Polsko-Czeską (jak zwykle szczegółowa kontrola papierów - Czesi chyba nigdy nam nie odpuszczają) szybko nastała noc. A tą nocą przelecieliśmy przez Czechy i po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się na terenie, który kiedyś był strefą wolnocłową.

Podświetlone smoki, czarodzieje, szkieletory z toporami - generalnie wieś tańczy i śpiewa. A i taniej niż tam było na pobliskiej stacji benzynowej
Było też memorium (memorandum ?) Ayrtona Senny - szkoda gościa.

Obkupieni ruszyliśmy dalej, przez Austrię. Do Chorwacji coraz bliżej. Dzięki prawdziwym autostradom znaleźliśmy się w kraju docelowym o świcie:

Pierwszy postój w Chorwacji - i pierwsza fota autokaru, w którym męczyliśmy się przez następny tydzień. Był ciasny, ze słabą klimatyzacją i, co najgorsze, pełen emerytów. Nie wiem, co oni robili na wycieczce obiazdowej. Tzn. wiem - marudzili. Na wszystko i na wszystkich.

Ruszylismy dalej, by po paru godzinach zatrzymać się na pierwszym punkcie widokowym.



Tam też poznałem Maję i Piotrka - studentów z Trójmiasta. Dzięki Nim i paru innym osobom (o których później) udało mi się przetrwać o zdrowym umyśle w stadzie emerytów.
No i pojechaliśmy dalej…